Dusza, Rozwój osobisty, Świadomość

Dualizmy

Podziel sie z innymi:

Wiesz kiedy człowiek czuje się źle z sobą?

Gdy robi z siebie ofiarę („jestem taki biedny”, „zmarł mi brat”, „nie mam pieniędzy”, „mój stan chorobowy jest naprawdę zły”, „mam naprawdę ciężką pracę”, „rodzina mi nie pomaga”)

ALBO

przychodzi moment, gdy przeskakuje z postawy ofiary w przeciwny biegun – w agresora („do roboty!”), aktywistę („świat powinien wyglądać tak i inni nie mają racji!”), działacza, osiągacza („gdy tylko to zrobię, będę szczęśliwy”, „w życiu nie mozna się opieprzać. Trzeba zapieprzać!”), itd.

Człowiek jest nieszczęśliwy, bo nie zgadza się z rzeczywistością – z tym co jest – i wchodzi w dwa bieguny dualizmu: albo gra ofiarę (która usilnie trzyma się myśli, że jest jej źle), albo gra agresora (który uważa, że jest coś do zrobienia, inaczej nie będzie szczęśliwy).

Czyli, albo wchodzimy w schemat „MUSZĘ coś zrobić” (agresor) albo w przeciwny „nie chce mi się robić, nie akceptuję tego” (ofiara). Każdy biegun tego dualizmu sprawia, że człowiek nie jest szczęśliwy, bo WALCZY. Albo unika (nie chce mi się, szuka wymówek, kombinuje na wszelkie sposoby, aby ominąć dane wyzwanie), albo robi coś na siłę (kawa, praca, „muszę to zrobić szybciej” inaczej będę bezwartościowy, gorszy).

Dualizm polega na tym, że albo WALCZYSZ, albo się WYCOFUJESZ.

Powszechnie uważa się, że walka jest lepsza od wycofania, ale nie jest to prawda. Jedno i drugie czyni cię nieszczęśliwym. Jeśli będziesz walczyć z sytuacjami w życiu, uważać, że coś „musisz” zrobić, to będziesz cały czas spięty, zarówno w psychice, jak i w ciele. Choroba ciała jest tylko kwestią czasu. Z kolei, jeśli będziesz unikać sytuacji (ze strachu, szukając wymówek), nigdy nie poznasz całego życia, pełnego siebie. Całe życie będziesz unikać, uciekać przed konfrontacją.

Tak bardzo wierzymy w swoje sny „Muszę to zrobić, inaczej świat się zawali”, że przestajemy być prawdziwym sobą.

Nie ma nic do zrobienia

Tak naprawdę nic nie jest do zrobienia. Nie jesteś ani lepszy, ani gorszy od innych. Robisz swoje. Widzisz życie i działasz. Bez strachu, nie unikając, ale też i nie robiąc nic na siłę. Nie grając kogoś, kim nie jesteś – super maczo, idealną matkę, szanowanego prawnika, doskonałą managerkę. Im bardziej wierzysz w swoją tożsamość, tym bardziej jesteś nieszczęśliwy (nie wiedząc właściwie dlaczego). Walczysz ze światem. Próbujesz im udowodnić, że jesteś wyjątkowy, że trzeba Cię szanować, że warto Cię znać. To nie ma znaczenia. Jesteś na tej ziemi tylko dla siebie, doświadczeń.

Załóżmy, że boli cię głowa. Problemem nie jest ból głowy (niech sobie boli), ale twój brak akceptacji tego faktu („nie powinna boleć!”). Brak zgody na to, co się dzieje. „Powinno być inaczej!”

Akceptuj to, co jest. Nawet ból głowy. Wszystko jest wynikiem Twoich poprzednich doświadczeń. Zaakceptuj wszystko, co uważasz za złe, straszne, „nie powinno było się stać”. Świat tak naprawdę „czeka”, aż się z tym oswoisz.

Z rodzicami, których oskarżasz za złe wychowanie, ze znajomymi, których nie akceptujesz. Ludzie wcale nie powinni traktować Cię lepiej. Nie jesteś ani lepszy, ani gorszy od innych. Po prostu jesteś. Nawet nie „jakiś”. Po prostu Jesteś.

Jeśli nie akceptujesz tego, co jest, włączasz w swojej głowie wewnętrznego krytyka i negujesz zarówno świat zewnętrzny, jak i siebie. Nikt na tym nie zyskuje. Wręcz przeciwnie. Siada Twoja psychika, siada Twoja immunologia. Stajesz się nieszczęśliwy.

A tak naprawdę, wszystko jest takie, jak być powinno. Nawet jeśli tego teraz nie akceptujesz.

Nie musisz być ani grzecznym chłopcem, ani super maczo. Nie musisz być ani idealną matką, ani mającą w dupie dany temat buntowniczką. Możesz być sobą. Akceptować wszystko co było, wszystko co masz i wszystko co przychodzi. Jakkolwiek złe i straszne by się nie wydawało to, co cię spotyka i spotkało, staniesz się szczęśliwy dopiero, gdy pozwolisz sobie na pełną tego akceptację.

Nie musisz czuć się dziś zajebiście. Nie musisz też czuć się źle. Po prostu czuj, co czujesz. Nie jest to ani złe, ani dobre.

Nie powinieneś być ani wydajny, skuteczny, szybki i efektywny (walka, próba udowodnienia sobie,że jestem coś warty), ani leniuchem śpiącym do 12 (unikającym konfrontacji).

Stań się obserwatorem

Wiele osób w życiu cały czas nieświadomie przeskakuje od ofiary do agresora. Raz czują się bezsilni, bezwartościowi, a gdy zbiera się w nich wystarczająca ilość złości lub presji otoczenia, przeskakują w drugi biegun, stając się osiągaczami realizującymi cele – „muszę działać”, „muszę pozytywnie myśleć”, „trzeba to zrobić szybiej”, „lepiej”, „perfekcyjnie”. Gdy mają już dość – bo zmęczyli się osiąganiem, przełączają swój umysł w tryb ofiary.

Są zagubieni. No bo, dlaczego czasami mam tyle sił i chęci a czasami zupełnie mi się nie chce?. Mówią „Boże, spraw, aby mi się chciało tak, jak mi się nie chce”. Motają się między ofiarą a agresorem. Raz czują się bezsilni i mają wszystkiego dość (ofiara), a następnego dnia (bo „ciśnienie jest dobre”, bo „świeci słońce”, bo „mam dobry biorytm”) stają się mega aktywni, wypijają litry kawy i redbulli, aby osiągnąć więcej niż inni. Nie zauważają tych skrajnych ról. A każda skrajność tworzy drugą skrajność. Ofiara tworzy agresora a agresor ofiarę.

Jeśli jednego dnia czujesz się dobrze, a drugiego źle, winnym nie jest zewnętrze (pogoda, słońce, szef, teściowa), ale Twoja nieświadomość. Nie zauważanie tego, że raz wchodzisz w rolę ofiary, budulki, która potrzebuje, aby się nad nią poużalać, a raz w rolę działacza, super bohatera, matki Teresy, biznesmena. Jedno i drugie wyczerpuje, bo są to skrajności. Dwa odmienne bieguny.

Rozwiązaniem jest obserwacja. Patrz na siebie – kiedy wchodzisz w ofiarę (uciekasz, szukasz wymówek, podkreślasz swoją złą sytuację) i po co to robisz? Co ci daje ta rola?

A kiedy wchodzisz w agresora („jestem w tym najlepszy!”) i po co? Co ci daje bycie ofiarą?

Jaką masz ukrytą korzyść w byciu ofiarą i agresorem? Być może, gdy czujesz, że zbawiasz świat, w końcu ktoś na Ciebie zwróci uwagę? Gdy krzykniesz na kogoś, to masz odczucie kontroli nad drugą stroną?

Gdy śmiejesz się na siłę, to walczysz (agresor). Gdy smucisz się na siłę, to grasz ofiarę, w oczekiwaniu, że w końcu ktoś pogłaszczę Cię po główce (w końcu masz takie złe życie…)

Gdy zdasz sobie z tego sprawę, przestaniesz nieświadomie wchodzić w obie role. Pozostaniesz obserwatorem. Obecnym świadkiem. Będziesz sobą.

Nie jesteś wyjątkowy

Nie jesteś nikim wyjątkowym. Nie musisz walczyć o postrzeganie bycia mądrym i inteligentnym.

Nie potrzebujesz miłości od bliskich (ofiara). Nie musisz też nikomu niczego dawać (syndrom matki Teresy – walka („jeśli dam, to dostanę w przyszłości”)).

Nie musisz też robić z siebie ofiary („mąż mnie nie dostrzega”, „matka mnie nie rozumie”, „przyjaciel powinien mi pomóc w potrzebie”). Nie musisz wyglądać, ubierać się jakoś, aby zabiegać o uwagę (ofiara) i wpływać na innych (agresor). Nie musisz udawać spokojnego, zrelaksowanego, zen. Nie musisz też być super aktywny. Nie jesteś przez to ani lepszy, ani gorszy. Nie jesteś głupi (ofiara), ani super-mądry (agresor). Ofiara nigdy nie dostanie, a agresor nigdy nie wywalczy tego, czego potrzebuje.

Nie masz nic do przekazania. Nic do udowodnienia. Nic do zaprezentowania. Gdy zdasz sobie w pełni z tego sprawę, poczujesz czym jest wolność. Nic nie jest też złe i do dupy. Po prostu jest jakie jest.

Nie musisz grać brak pewności siebie. Nie wierz w swój brak. Zapomnij o wszystkim w co wierzysz. Bądź. Po prostu bądź.