Dusza, Relacje, Rozwój osobisty, Świadomość

Ludzie tęsknią za prawdziwym Tobą

Podziel sie z innymi:

W obecnie popularnej psychologii sukcesu uważa się, że zawsze możesz dać z siebie więcej, zawsze możesz być bardziej uśmiechnięty, bardziej pozytywny, bardziej energiczny, bardziej fit, bardziej wydajny, itd. Zawsze możesz coś „przeramować”, zastosować technikę zmiany przekonań, aby czuć się lepiej. Zawsze możesz docisnąć się bardziej. Wstać jeszcze wcześniej, pracować jeszcze dłużej, ćwiczyć jeszcze intensywniej.

Nie ma przyzwolenia na oddech, na zatrzymanie, na refleksję, na czułość do siebie i zadumę.

Jeśli będziesz stale szedł drogą „sukcesu”, prędzej czy później zajedziesz się, ponieważ nie jesteś wydajną maszyną, której wystarczy wymienić baterię.

Jesteś człowiekiem.

Problem jest w tym, że ludzie „sukcesu” często wpadają w stany depresyjne i choroby gdy coś im nie wychodzi. A o tym się nie mówi.

Poziom agresji sięga zenitu, gdy coś nie idzie po ich myśli. Jeśli nie oskarżają innych, to oskarżają sami siebie, że „mogłem więcej”, „słaby miałem czas”, „za mało z siebie dałem”, „to nic wielkiego”.
Stają się kapryśni, rozwrzeszczeni i w chwilach słabości zajadają słodycze i chipsy.

A później karcą sami siebie za to, co zrobili.
A więc – jeszcze więcej na siłowni, jeszcze bardziej fit jedzenie, jeszcze droższe ciuchy, jeszcze jedna kawa, jeszcze lepsze kłamstwo z własnych ust.

Mają przyklejony uśmiech do twarzy, ale zero w nich empatii, prawdziwej wrażliwości i prawdziwej odwagi. Stale uciekają od tematów, które nie są dla nich wygodne.
Uciekają od cierpienia ludzkiego, ponieważ się go boją. Boją się, że „pobrudzą” sobie nim ręce. A przecież są „tak doskonali”. Tak czyści. Tak perfekcyjnie wymuskani.

A pierwotna przyczyna była jedna – nie dali sobie przyzwolenia na zwolnienie, na odpoczynek, na inny kolor życia. Na inną część siebie niż społecznie akceptowana. Na inną część siebie niż perfekcja z telewizji śniadaniowej. Stale chcą widzieć siebie idealnego. Jako człowieka sukcesu.

„Możesz wszystko”

Jest takie powszechne wyobrażenie, jakoby zewnętrznie pozytywny obraz człowieka był jedynym dopuszczalnym.

Chęć bycia mega wydajnym w „gorszy” (choć on wcale nie jest gorszy), „deszczowy” dzień – niczym najlepszy sportowiec – to oszukiwanie się, że jest się niezniszczalnym, doskonałym, o boskich, ponadprzeciętnych mocach. „Możesz wszystko” mówi slogan.

Twoje ciało ma ograniczoną żywotność. Nikt nigdy nie kazał ci wykorzystać go „na maksa”. Chęć „życia na maksa” to próba głowy o niezmiernie niskim poczuciu wartości udowodnienia samej sobie, że „mogę więcej!”

Oczywiście, że możesz, ale NIE MUSISZ. A jeśli musisz (tzn. czujesz wewnętrzną presję, by być najlepszy, by stale coś robić), tzn. że nie akceptujesz się takim jakim jesteś. I to z braku własnej akceptacji ciągle gonisz za lepszym wizerunkiem, ze większym osiągnięciem, za wyższym statusem, za lepszym czasem, za „sześciopakiem”, za miłym słowem od drugiego.

Tego rodzaju podejście odcina od ciebie ludzi. Zmuszasz wszystkich wokół do bycia cały czas radosnym, mimo iż dziś mogą nie mieć na to ochoty. Mogą być w wewnętrznej refleksji. A to również część życia.

Pocisz się, aby wszyscy wokół byli szczęśliwi. Nie, nie musisz uszczęśliwiać ludzi. Oni poradzą sobie sami, bez Ciebie. A jeśli będą potrzebować pomocy – przyjdą do ciebie. Nie musisz się reklamować.

Być jak sportowiec

Czy jest coś złego w byciu najlepszym sportowcem?
W byciu numer jeden „dla samego siebie”?
Najwyższym na podium?
Najbardziej wydajnym?
„Najlepszą wersją siebie”?

Pytanie tak naprawdę, co to dla ciebie oznacza. Jeśli „najlepsza wersja siebie” wymaga od ciebie mega wysiłku, aby sprostać oczekiwaniom społeczeństwa (np. szczupła sylwetka), rodziców (dobra praca, wysoki status), współpracowników (zabawiaj nas każdego dnia), znajomych (wysłuchiwanie ich emocjonalnych blokad), to tak naprawdę nigdy nie jesteś sobą. Zawsze dla kogoś grasz. A to cię męczy. Nie bycie sobą zawsze męczy. Spełnianie standardów zawsze męczy.

I wtedy być może powiedziesz sobie „Ale mogę więcej! Dam radę! Osiągnę to! Zrobię więcej niż inni! Życie wymaga wysiłku, poświęceń!”

Niskie poczucie wartości

Tak naprawdę masz niskie poczucie wartości. I chcesz robić WIELKIE rzeczy, nieustannie działać, aby udowodnić sobie, że jesteś lepszy niż jesteś.

Ale po co sobie to robisz? Po co udowadniać samemu sobie, że coś znaczysz, skoro w istocie znaczysz i już jesteś idealny. Czy nie uważasz, że jesteś idealny?

No własnie… Bo głęboko, we wnętrzu, nie wierzysz w siebie. I nawet o tym nie wiesz. A tak naprawdę – nie chcesz wiedzieć. Dlatego to zakrywasz. Walczysz. Maskujesz ubraniem, uśmiechem, postawą, atrakcyjnym wizerunkiem.

Twoja agresja wynika z maskowania leku. Agresja jest związana z niskim poczuciem wartości.
Jeśli jesteś agresywny, to prawdopodobnie czegoś się boisz i bardzo to ukrywasz.

Grasz odwagę. Ale nią tak naprawdę nie jesteś.
Będziesz udawał spokój. Udawał pewność siebie. Cały czas jednak będziesz wewnętrznie spięty. Będziesz się rozsiadał na krześle. Dziwnie chodził (po męsku, z mową ciała w stylu „odp**dol się!” albo udając kobiecość – „jestem seks boginią!”). Lub też będziesz udawał miłego, aby inni Cię zaakceptowali.

Być może boisz się własnej wrażliwości. Być może uważasz, że „spokój” źle o tobie świadczy – że będziesz niewydajny, nietowarzyski lub przegrany w wyścigu po sukces. Nie chcesz być kojarzony ze „spokojem”.

Biegasz, ale nawet nie wiesz, że biegasz nie dla siebie, ale dla wizerunku społecznie akceptowanego. Mówisz sobie, że lubisz, ale tak naprawdę wmówiłeś to sobie, aby nie widzieć jak bardzo wpadłeś w ramy oczekiwań innych.

Im niższe poczucie wartości, tym większa pokusa na bycie wielkim. Wspaniałym. Brylującym na scenie.

Podziwiasz więc piosenkarzy, mówców telewizyjnych i aktorów, mimo iż często ich życie przepełnione jest cierpieniem i depresją. Jednak nie chcesz tego widzieć, bo sam gonisz za wielkością, w wyniku własnego niskiego poczucia wartości.

„Pokażę jeszcze światu na co mnie stać!”

Może się wydawać, że to hasło wolności. Niemniej, chęć pokazania światu, że jest się najlepszym nie ma nic wspólnego z wolnością. Jesteś więźniem własnej walki. Walki ze światem. Więźniem walki z innymi.

A nie musisz tego robić. Nie musisz walczyć ze światem. Nie musisz udowadniać, że jesteś większy niż jesteś.

Jesteś doskonały w swojej istocie i nie ma potrzeby niczego zmieniać, do niczego dążyć.

Oczywiście nie oznacza to, że stajesz się bierny i odpuszczasz życie. Wciąż kreujesz, tworzysz z pasją i radością rzeczy, które lubisz. Nie jesteś jednak zmuszony, a wybierasz (z WŁASNEJ woli) by to robić.

Nie ma nic złego w byciu sobą. Czasami takim, a czasami takim. Czasami z lepszym humorem, a czasami z większą ochotą na wewnętrzną refleksję.

Jeśli codziennie udajesz radosnego, o perfekcyjnym wizerunku, to masz wewnętrzne ciśnienie, aby podołać oczekiwaniom i wizerunkom tego świata.

Nie musisz. Jesteś super taki, jaki jesteś.

Nie musisz być cały czas uśmiechnięty. Nie musisz być cały czas ładna. Nie musisz być mega wydajny. Nie musisz być wysportowany. Nie musisz być wielce błyskotliwy. Nie musisz być większy od własnego ojca.
Możesz, ale nie musisz. Jak nie dziś, to jutro.

Strach

Tak naprawdę masz strach przed nie byciem doskonałym. Strach przed „przeciętnością”. Strach przed byciem prawdziwym sobą, a nie obrazem nienagannej, perfekcyjnej postaci z TV.

Bycie sobą jest takie niemodne… Lepiej ubrać się zgodnie z najnowszymi trendami, bywać w posh miejscach, jeździć autem, które dodaje statusu. Mieć „szacunek” i „poważanie” (choć tak naprawdę nikt cię nie lubi. Bo nikt nie lubi aktorów).

Czy prawdziwy Ty to emocjonalna część Ciebie, która albo popisuje się przed innymi, albo stara się wszystkich udobruchać?

LUDZIE TĘSKNIĄ ZA PRAWDZIWYM TOBĄ. Za radosną i jasną częścią Ciebie, która nie udaje, która się nie spina, która nie udowadnia, która się nie popisuje i nie stara się być sztucznie miła. Ludzie chcą zobaczyć Ciebie prawdziwego. Szczerego, radosnego, lekkiego gościa, z którym chce się przebywać. Ludzie tęsknią za czującym Tobą.

Spokój

Spokój dziś jest niemodny. Kojarzy się z brakiem uwagi, z rozmarzeniem i rozleniwieniem.
A to tylko dlatego, że większość ludzi jest spokojna dopiero wtedy, gdy odpoczywa – na wakacjach, z drinkiem na plaży lub gdy zapali jointa.

Nikt nie kojarzy spokoju z pracą, z konsekwencją, z odwagą. A przecież Twoja odwaga może być spokojna. Twoja praca może być spokojna.

Przywykliśmy do obrazu, że można być albo spiętym, albo spokojnym. A to drugie oznacza odjechanie jak po marihuanie lub alkoholu na wakacjach. „Jeśli jesteś spokojny, to znaczy, że się lenisz!”

Spokój to nie ucieczka. Spokój to wolność od emocjonalnych wodotrysków. Wolność od przymusowej adrenaliny.

Jeśli twierdzisz, że nie lubisz spokoju, to pytanie czy przypadkiem nie jesteś uzależniony od adrenaliny (podobnie jak inni uzależnieni są od papierosów). Masz przekonanie, że prawdziwe życie opiera się na emocjach. „Musi się coś dziać! Czuję, że żyję”.

A co – czy gdy jesteś spokojny, to nie czujesz, że żyjesz? Nie istniejesz?
Czy dopiero, gdy jesteś pobudzony, to jesteś sobą? Kto sprzedał ci takie kłamstwo? Stale spięta poganiająca mama? Telewizja? Wymagania ojca?
Czy może oczekiwania społeczeństwa, że dopiero gdy szybko zrealizujesz to, czego się od Ciebie wymaga, to będziesz akceptowany?
(Nie pomyl emocjonalnego pobudzenia z naturalną radością, która nie zmusza innych do tego, by byli w tym samym stanie co Ty.)

Nie ma nic złego w spokoju, tak jak i nie ma nic złego w byciu dynamicznym.

Tak jak fajny jest słoneczny dzień, tak i fajny jest dzień deszczowy. To tylko inny kolor życia.
Jeśli akceptujesz w sobie nie tylko słońce, ale i deszcz, to czujesz się zawsze dobrze. Po prostu, akceptujesz siebie, w każdym wydaniu. Lubisz siebie radosnego i lubisz siebie smutnego.

Jeśli jednakże zmuszony jesteś wewnętrznie do bycia cały czas dynamicznym, aktywnym, pobudzonym, zabawnym, towarzyskim, to nie akceptujesz w sobie drugiej części, która wcale nie jest gorsza. To wyparta część Ciebie, która pragnie być zauważona. Pragnie istnieć.

Perfekcyjny świat

Za bardzo uwierzyłeś w zewnętrzny obraz. Sprzedano ci wizję perfekcyjnego, jedynego doskonałego świata, gdzie nie ma miejsca na odpoczynek, na cierpienie, na smutek, na spokój, cała paletę człowieczych barw.

Życie to nie tylko kolorowanki. Nie ma potrzeby okłamywać się, że zawsze może być super.

Gdzieś po drodze uwierzyłeś w swój brak. Łatwo ulegasz ładnym zewnętrznym obrazkom. Tracisz wewnętrzną stabilność i wiarę w swe głębokie wartości. Uwierzyłeś w „ja nie mam”, „czegoś mi brak”.

Czy żyjesz więc własnym życiem? Czy może takim, w które uwierzyłeś, że jest akceptowane przez innych?

Zastanów się w ogóle – po co żyjesz?
Czy po to, aby zdobywać medale? Czy życie jest olimpiadą?

CO musisz udowodnić samemu sobie, abyś uwierzył, ze jesteś ważny? Czy 3 auta, atrakcyjna partnerka, wyjazdy, najdroższe ubrania, czysty dom, występ w TV Ci wystarczy?

Czy gdy będziesz umierać, będziesz zadowolony, że się tak zajeżdżałeś dla oczekiwań społeczeństwa, statusu i innych?

Z pewnością będziesz zadowolony z własnej kreatywności, z własnej kreacji, z własnej uczciwości wobec samego siebie. Z własnej uczuciowości. Z własnej radości. Z własnego entuzjazmu. Z własnej czułości i miłości do innych. Z własnej odwagi i realizacji uczuciowych pragnień.

Zauważ dobre w sobie. Skup się na swych dobrych stronach.